Czech, bez którego nie byłoby Polski
Ten tekst jest fragmentem artykułu, który ukazał się w magazynie „Historia Kościoła” nr 2(8)/2025.
Polska Piastów Anno Domini 997 była jednym z najmłodszych chrześcijańskich państw w Europie. Ziemią – dla zachodniego świata, wciąż nieco dziką, niezrozumiałą, niebezpiecznie graniczącą „z „pogańskim morzem”, czyli plemionami Prusów. Podstawą wiary „pruskich czcicieli bałwanów”, jak nazywali ich ówcześni kronikarze, był kult przyrody. „Prusowie widzieli w tym wszystkim, co ich otaczało, działanie tajemniczych nadprzyrodzonych sił, od których zależało ich życie. Ciała niebieskie, zwierzęta i rośliny budziły w nich przeróżne uczucia: grozy, podziwu, gniewu, pożądania i miłości (…). Wszyscy więc starali się zabiegać o względy owych wielkich, nieodgadnionych istot przez ofiary, modły i dziękczynienia” – pisała prof. Łucja Okulicz-Kozaryn. Bogami Prusów były więc: słońce, ziemia, księżyc, ogień, gwiazdy oraz grom, znany pod imieniem Perkun (Perun). Szczególnym szacunkiem darzono bóstwo urodzaju o nazwie Curche (Kurko), „ku czci którego z ostatnich kłosów zebranego zboża robiono specjalny snopek pozostający pod szczególną opieką gospodarzy”.
Prusowie nie budowali swoim bogom świątyń – obrzędy i modły odprawiali w świętych gajach z płonącym między drzewami wiecznym ogniem. 23 kwietnia 997 r. w pobliżu jednego z takich miejsc pojawił się Wojciech, biskup Pragi z czeskiego, książęcego rodu Sławnikowiców. Po odprawieniu Eucharystii wraz z towarzyszami został napadnięty przez zbrojny oddział pod wodzą miejscowego kapłana (zigo), którego obowiązkiem, wedle wyznawanych przez Prusów zasad, było zadanie wrogowi pierwszego ciosu. Tak też się stało – zigo przebił oszczepem serce misjonarza. Na Wojciecha spadły kolejne ciosy. Nieprzytomnemu biskupowi odcięto głowę i nadziano ją na pal…
*
Z jakich powodów Wojciech zdecydował się poświęcić własne życie, świadcząc – nie za pomocą miecza, a słowa – o Jezusie Chrystusie? Dlaczego został z taką brutalnością potraktowany przez Prusów? Czy rzeczywiście byli oni, jak przedstawiał ich zachodni świat, żądnymi chrześcijańskiej krwi dzikimi barbarzyńcami? I w końcu jakie konsekwencje dla Polski i Europy przyniosła Wojciechowa misja?
Jak każdy lgnął do ziemskich uciech
Przyszły katolicki patron Polski urodził się ok. 956 r. w czeskich Libicach. Początkowo plany rodziców przewidywały dla syna, którego imię oznaczało „pociechę wojska”, rolę wojownika. Nieoczekiwana choroba pokrzyżowała te plany. Jeszcze jako niemowlę Wojciech doznał poważnego wzdęcia brzuszka z powodu przekarmienia zbyt tłustym mlekiem. Spodziewając się śmierci dziecka, rodzice zanieśli go „na poły umarłego” do kościoła i „złożywszy na ołtarzu Świętej Maryi”, ofiarowali Bogu. Chłopiec wkrótce wyzdrowiał, a rodzice nie zapomnieli o złożonym przyrzeczeniu.
Skoro ich syn miał w przyszłości zostać duchownym, musiał zdobyć gruntowne wykształcenie. Umiejąc już czytać i pisać, jako siedemnastolatek trafił na wyższe studia do prestiżowej szkoły katedralnej w Magdeburgu. Pod okiem znanego wówczas filozofa Ostryka Wojciech przyswajał wiedzę z zakresu gramatyki, retoryki, dialektyki, arytmetyki, geometrii, muzyki i astronomii.
Jednak nauka nie zawsze przychodziła synowi Sławnika łatwo – okupiona była łzami i niekiedy wywoływała głośny sprzeciw. Pewnego razu, zgodnie z panującymi w magdeburskiej szkole zwyczajami, chłostany przez nauczyciela za braki postępów w łacinie, przyszły święty – ku zaskoczeniu wykładowcy – zaczął krzyczeć z bólu i wściekłości aż w trzech językach. Zdolny, choć nie zawsze wystarczająco przygotowany do zajęć student chętnie oddawał się rozmaitym „swawolom”. „Bo jak każdy człowiek lgnął do ziemskich uciech, miał czas na chłopięce figle, łakomiąc się na jedzenie i picie” – pisał Bruno z Kwerfurtu.
Po kilku latach (niektórzy twierdzą, że siedmiu, inni, że dziewięciu) Wojciech opuścił Magdeburg. Pożegnał się z umierającym ojcem, a następnie udał się do Pragi. Tam od miejscowego biskupa Thietmara przyjął wyższe święcenia kapłańskie i rozpoczął kościelną karierę. Życie duchowe mało go jednak obchodziło. Młody Sławnikowic żył, wzorem swojego biskupa, bardziej „po rycersku” – biesiadował i „inne pochlebstwa a zwodzenia tego świata przyjmował”.
Punktem zwrotnym w życiu Wojciecha była śmierć Thietmara. W styczniu 982 r. pod wpływem ciężkiej choroby hierarcha zaczął kajać się publicznie z powodu „swego niegodnego zachowania”. Odchodząc, krzyczał, „że go czarni czarci do piekła wleką”. Zachowanie umierającego biskupa wstrząsnęło Sławnikowicem, który posypał głowę popiołem, przywdział włosiany wór, pogrążył się w modlitwie i zaczął – w ramach pokuty za dotychczasowe życie – rozdawać część swojego majątku ubogim.
Etyczna prowokacja
Gruntownie wykształcony, mając zaledwie 27 lat, Wojciech objął po Thietmarze praskie biskupstwo. Sakrę otrzymał w Weronie, by do własnej diecezji wrócić na „marnej szkapie ze sznurowaną uprzężą”. W ingresie uczestniczył na bosaka. Poprzez tę, jak pisał filozof i historyk religii prof. Zbigniew Mikołejko, etyczną prowokację nowy biskup rzucił moralne wyzwanie Pradze, „miastu na poły jeszcze pogańskiemu, z chrystianizmem wątłym i powierzchownym”, w którym „kwitły obyczaje pogańskie i obowiązywały brutalne reguły gry”.
Wojciech nie poprzestał wyłącznie na symbolicznych gestach. Wymagając od rodaków, zmianę zaczął od samego siebie. Zrezygnował z wygodnego łóżka – spał na gołej ziemi. Pościł. Samodzielnie wykonywał prace domowe. Pole obsiewał własnymi rękami. Wieczory poświęcał na czytanie. Przez kilka godzin każdego dnia zachowywał milczenie. Piastując biskupi urząd, nie był koniunkturalistą ani typem karierowicza. Zasłynął z pomocy ubogim, chorym i więźniom. Walczył z symonią, czyli kupczeniem przez księży posługami, oraz pilnował, by podległe mu niższe duchowieństwo przestrzegało celibatu. Głośno i publicznie sprzeciwiał się wielożeństwu Czechów i handlowaniu przez możnowładców słowiańskimi niewolnikami, wysyłanymi do Niemiec i krajów arabskich.
To wszystko musiało w końcu doprowadzić do konfliktu z rządzącą Czechami dynastią Przemyślidów oraz ich sojusznikami – wielkim rodem Wrszowców. Naciskany politycznie Wojciech, rozgoryczony niezrozumieniem przez Czechów jego nauki, opuścił rodzinny kraj. Udał się do Rzymu, gdzie został przyjęty przez papieża Jana XV. Jak wielu mu współczesnych marzył o pielgrzymce do Jerozolimy. Ostatecznie jednak porzucił te plany i udał się do klasztoru świętych Bonifacego i Aleksego na Awentynie. Tam, stosując się do reguły św. Benedykta, przez lata trwał w „pokornej modlitwie, odnalazł spokój i uporządkował myśli”. I chociaż sam „zapomniał, że był biskupem, stał się małym wśród braci”, wielki świat wciąż pamiętał o jego zobowiązaniach. Decyzją papieża Wojciech miał wrócić do „własnej trzody” – praska diecezja wymagała sprawnego zarządcy.
Duchowo wzmocniony pobytem wśród zakonników biskup-mnich, jak kazał się od tej chwili nazywać, dynamicznie przystąpił do realizacji ważnych inicjatyw i reform. Zorganizował pierwszy w Czechach klasztor benedyktynów w Brzewnowie, wznosił kolejne kościoły, prawnie unieważniał małżeństwa zawarte między członkami tej samej rodziny.
Dobrą passę przerwało dramatyczne wydarzenie z udziałem Wojciecha. Niewierna żona jednego z możnych znalazła schronienie w klasztorze mniszek św. Jerzego. Mimo że biskup Pragi stanął w jej obronie, kobieta została z klasztoru wyciągnięta siłą i zamordowana. Doszło w ten sposób do naruszenia azylu kościelnego. Wojciech, pełen żalu, po raz drugi opuścił Pragę.
W tym czasie większość członków jego rodziny została brutalnie zamordowana przez konkurujących z Sławnikowicami Wrszowcami. Tymi samymi, którzy wbrew woli Wojciecha wykonali wyrok śmierci na niewiernej żonie jednego z nich.