Siedzieli na dachach wagonów i byli dosłownie wszędzie, gdzie można się było uczepić

opublikowano: 2025-03-06, 13:32
wszelkie prawa zastrzeżone
W drodze powrotnej zobaczyłam zgromadzenie ludzi pod domem. Okazało się, że cała rodzina razem z tym dzieckiem otruła się, żeby nie trafić w ręce Niemców, którzy tego dnia mieli zabierać Żydów z naszej ulicy.
reklama

Ten tekst jest fragmentem książki Katarzyny Skopiec „Ocaleni z Drohobycza”.

Panorama przedwojennego Drohobycza (fot. NAC)
Przyszłam na świat jako Jarosława Zofia Skolska w Borysławiu 9 lutego 1919 roku – rok po odzyskaniu przez Polskę niepodległości.

[...] Kiedy w borysławskich szybach taty zaczęła się kończyć ropa, rodzice podjęli decyzję o przeprowadzce do pobliskiego Drohobycza, wówczas miasta prosperity. Gorączka naftowa przemieniła spokojne miasteczko w metropolię. Osadnicy przyjeżdżali tam zarówno z zagranicy, jak i z Polski. Błyskawicznie zdobywali fortuny i równie szybko bankrutowali. Bogactwo soli warzonej zastąpione zostało bogactwem ropy naftowej już w XVIII wieku. To w tym regionie Łukasiewicz wydestylował naftę i skonstruował pierwszą lampę naftową. Na przełomie XIX i XX wieku austro-węgierska Galicja zajmowała czwarte miejsce na świecie w produkcji ropy naftowej.

Zdrowy rozsądek, by nie trzymać się jedynie naftowego biznesu, przywrócił tacie wypadek  – brat, Zbyszek, niemalże utopił się w zbiorniku na ropę przy szybie naftowym. Doszło do tego w drodze do kościoła. Zbyszek w białym, pięknie wyprasowanym ubranku zbliżył się do zbiornika, wziął łodygę słonecznika, która oczywiście była krucha, i wzorem prawdziwego mierniczego próbował sprawdzić poziom ropy. Skończyło się tak, jak to się zdarza w takich przypadkach – wpadł do środka. Po tym zdarzeniu tata sprzedał szyb, a w Drohobyczu otworzył przedsiębiorstwo budowlane, w którym zatrudniał wiele osób. Pracował dla magistratu, a przed samą wojną dla miejskiego więzienia. Miałam wtedy dziewięć lat, Danusia – siedem, a Zbyszek – jedenaście.

Przedwojenny Drohobycz był miastem wielu kultur. W jednej ławce w tamtejszym liceum siedzieli Bruno Schulz i Stanisław Maczek. W 1939 roku miejscowość liczyła 39 tysięcy mieszkańców.

Miasto położone jest nad rzeką Tyśmienicą na pagórkowatym terenie Sudetów Brzeżnych. Pamiętam, że było zanurzone w zieleni, pełne drzew, z pięknym parkiem, dość przestrzennie zabudowane i rozległe, powoli przechodziło w teren wiejski. Ulicą Truskawiecką można było dojść z rynku przez Górkę do Truskawca czy Solca, a ulicą Borysławską przez Górną Bramę do Borysławia. Rynek w Drohobyczu był pokryty asfaltem, zadbany i pięknie ukwiecony klombami na wypielęgnowanych trawnikach. W jednym rogu wznosił się kościół rzymskokatolicki, z drugiej strony – cerkiew greckokatolicka, a nad wszystkim górowała sylwetka ratusza. Drohobycz, jak z opisów Schulza, pozostał miastem ocienionym przepięknymi dębami i bukami i na zawsze rozbudził we mnie miłość do przyrody.

Okoliczne sklepy otwarte były do późnych godzin nocnych i miały pięknie rozświetlone witryny. Przeważały sklepy żydowskie: obuwniczy Del-Ka, galanteria L. Schreiera, żelazny Horowitza, sklepy bławatne braci Muntzer i wiele innych. Z nieżydowskich pamiętam sklep obuwniczy marki Bata, aptekę i cukiernię Wesołowskiego. Życie toczyło się na rynku lub okolicznym corsie. Uliczką przechodziło się z dużego rynku na mały. Przy nim stały głównie sklepy z wyrobami ze skóry, drewna, a także z rybami, nasionami i sklepy rzeźników; handlowano wszystkim. Wielka Synagoga, jedna z najstarszych w Europie, mieściła się w dzielnicy żydowskiej, zwanej Łanem, przy ulicy Reicha. Za nią znajdował się szpital żydowski, a u wylotu ulicy stary cmentarz żydowski. Druga synagoga zlokalizowana była przy ulicy Piłsudskiego na rogu Kraszewskiego.

reklama

Najważniejsze ulice: Mickiewicza, Piłsudskiego, Sienkiewicza, Czackiego, Stryjska, Słowackiego były asfaltowe i oświetlone latarniami. Tu mieszkali notable, przedsiębiorcy, prezydent miasta, lekarze, prawnicy. Przez dzielnicę żydowską prowadziły ulice: Kowalska, Stolarska, Brudna i część Sobieskiego. Ludność polska skupiała się przy ulicach: Wójtowskiej Górze, Polnej, 11 Listopada, Stryjskiej, Sobieskiego, Kozłowskiego, częściowo na Borysławskiej i Truskawieckiej. Ukraińcy zasiedlali okolice Stryjskiej – najdłuższej ulicy miasta, Iwana Franki, Szaszkiewicza, Kolejowej, Śnieżnej. Przy ulicy Mickiewicza rozpościerał się park miejski. Zwiedzając współczesny Drohobycz, nadal można poczuć atmosferę tamtych dni. Przepiękne wille, teraz już nieco podupadłe, były świadkiem czasów, gdy młodzi polscy uczniowie chodzili na korepetycje do żydowskich nauczycieli wykształconych na europejskich uniwersytetach. W mieście działały kino Sztuka i kino Wanda oraz dwie sale teatralne. Występowały tam Hanka Ordonówna, Loda Halama, Chór Dana, wystawiano także sztuki żydowskie.

Rys. Jarosław Skolski (prawa zastrzeżone)

W Drohobyczu działało pięć rafinerii ropy naftowej, między innymi polski Polmin, przyległy Dross i żydowska Galicja. Polmin był samowystarczalny, miał wewnętrzne grupy specjalistów od remontów, napraw czy transportu. Galicja natomiast w dużej mierze korzystała z pozafabrycznych załóg naprawczych. W tym celu powstało swego rodzaju konsorcjum „Brener-LeberWołosiański”, którego jednym z założycieli był mój przyszły teść – Mikołaj Wołosiański. Zakłady te dawały zatrudnienie tysiącom pracowników, co zapewniało stosunkowo przyzwoitą egzystencję wielu osobom. Sytuacja materialna mieszkańców regionu była nieco lepsza od innych. Faktem jest, że ludzie bezpośrednio zatrudnieni w przemyśle naftowym należeli do elity społecznej. Niestety nie w każdej rafinerii mogli pracować przedstawiciele wszystkich narodowości. Na przykład w Polminie zatrudnieni byli tylko rdzenni Polacy, jedyny Żyd był szklarzem. W okolicy funkcjonowało wiele mniejszych warsztatów ślusarskich (między innymi Kupfermana, Mincha, Rusasa, Seiferta – wuja Lizi Hendel, szwagra Zofii), w których produkowano różnorodną aparaturę dla rafinerii. Największy warsztat samochodowy prowadził Hirt. Poza tym istniało wiele zakładów usługowych: krawieckich, rymarskich, szewskich, szklarskich czy fryzjerskich. Działały sklepy spożywcze, piekarnie (najlepsze Felda i Krafta), masarnie, mleczarnie. Prężnie rozwijały się klub sportowy i drużyna piłki nożnej oraz organizacje skautowskie. W granicach Polski Drohobycz znajdował się od 15 marca 1923 roku do 16 sierpnia 1945 roku. Region ten był domem dla wielu znanych przedsiębiorców i intelektualistów, którzy wykorzystując swoje talenty i pomysły, przekształcili małe galicyjskie miasto w ważny ośrodek przemysłu i kultury. Społeczność drohobycka była mieszana. Żydzi stanowili najliczniejszą grupę. Na burmistrza miasta zawsze wybierano Polaka, przez większość czasu był nim Rajmund Jarosz; wiceburmistrzem zostawał przedstawiciel społeczności żydowskiej – wówczas doktor Tenenbaum. W międzywojennej Polsce podobne (i dość często spotykane) miejscowości nazywano tyglem narodów. W nich obok siebie i razem ze sobą żyli Polacy, Ukraińcy i Żydzi.

Zainteresował Cię ten fragment? Koniecznie zamów książkę Katarzyny Skopiec „Ocaleni z Drohobycza” bezpośrednio pod tym linkiem!

Katarzyna Skopiec
„Ocaleni z Drohobycza”
cena:
42,99 zł
Podajemy sugerowaną cenę detaliczną z dnia dodania produktu do naszej bazy. Użyj przycisku, aby przejść do sklepu — tam poznasz aktualną cenę produktu. Szczęśliwie zwykle jest niższa.
Wydawca:
Novae Res
Rok wydania:
2025
Okładka:
skrzydełka
Liczba stron:
290
Format:
121x195 [mm]
ISBN:
978-83-8373-542-9
EAN:
9788383735429
reklama

Mama zajmowała się domem. Była bardzo dobrym człowiekiem, można nawet uznać ją za osobę postępową. Kiedy nasza ówczesna służąca, Marysia, zaszła w ciążę, mama pozwoliła jej mieszkać razem z nami. Potem tak szczęśliwie się złożyło, że Marysia wyszła za mąż za ojca dziecka. Pracowała dla rodziny aż do wybuchu wojny, a jej dziecko wychowywało się z nami. Mama całe życie była zdana na męża, musiała więc tolerować jego słabości. Przez długi czas przymykała oko na jego kolejne romanse. Miałyśmy do niej po latach o to pretensje. Ona jednak tak przywykła do sytuacji, że nawet później, gdy już mieszkała w Gliwicach i okazało się, że aktualna kochanka ojca zachorowała, zareagowała jak posłuszna, przyzwoita żona – gotowała dla chorej zupy. No prawie… Nie robiła tego osobiście – zlecała to swojej gosposi, pani Łotockiej.

Fantastycznie gotowała. Smaki jej potraw przetrwały w rodzinnej tradycji do dziś, należą do świątecznych (wielkanocnych i bożonarodzeniowych) jadłospisów. Tort orzechowy z dwunastu jaj, karp po żydowsku, którego wybitny smak doceniamy dopiero teraz jako dorośli, delikatne śledzie z cebulą, nalewka z wiśni i wiele innych wschodnich przysmaków. Ale w szczególności – pierogi. Była pierogową mistrzynią. Używałam tej stolnicy z rodzinnego domu, na której podobnie wyrabiałam ciasto do pierogów ruskich lub z jagodami.

Pamiętam, jak gotowano w drohobyckim domu, jak na stole rozkładano ciasto na delikatny strudel z jabłkami. Stół przetrwał zawieruchę wojenną i już w Otwocku znów grano przy nim w brydża, a mama godzinami układała na jego blacie pasjanse. Była naprawdę perfekcyjnie przygotowana do roli żony i matki – bardzo dobrze szyła, nauczyła nas haftować, szydełkować i robić poprawki krawieckie. Wszystkie szyłyśmy na najpopularniejszych wówczas maszynach Singera. Jeszcze potem w Otwocku robiła ubranka dla lalek mojej pierwszej wnuczki, Kasi, córki Ani. Była uosobieniem dobroci. Kasia długo pozostawała jej pierwszą prawnuczką, dzieckiem hołubionym i ubóstwianym przez wszystkich. Dopuszczano ją do kart i do pasjansów. Mama zmarła w Otwocku po wojnie. Do końca życia paliła papierosy i spacerowała po okolicznych lasach, nie chodziła do kościoła. To do niej, jeszcze w Drohobyczu, wynosiłam małą Anię podczas szczególnie niebezpiecznych wydarzeń.

reklama

Wracając do Drohobycza… Po jakimś czasie zamieszkaliśmy tam w służbowej wilii przy samym więzieniu, dla którego pracował tata. Jego firma wykonywała wszelkie roboty remontowo-budowlane, między innymi założyli w więzieniu instalację elektryczną. Tata był wyjątkowo uzdolniony pod względem technicznym, ale również pasjonował się akwarystyką i zrealizował pomysł ustawienia tam jednego z ogromnych akwariów. Więzienie mieściło się na ulicy Stryjskiej, sąsiadowało z ukraińskim klasztorem i cerkwią. Po 1939 roku sąd i więzienie stały się siedzibą NKWD. W tamtym okresie dostaliśmy do swojej dyspozycji bryczkę z końmi.

Sława w białej bluzce, stoi pierwsza z prawej, Szkoła Podstawowa w Borysławiu(prawa zastrzeżone)

Była to ogromna frajda dla nas jako dzieci. Jeździliśmy nią do centrum miasta. Już wtedy odczuwalne było przyspieszenie w rozwoju technologii; tuż przed samą wojną ojciec otrzymał służbowy samochód z szoferem. Wspominam tamte lata bardzo radośnie, miałam w sąsiedztwie przyjaciół, wokół mieszkało wiele dzieci w moim wieku. W Drohobyczu działało pięć szkół siedmioklasowych: imienia Stanisława Konarskiego i imienia Adama Mickiewicza dla chłopców, imienia Królowej Jadwigi i imienia Elizy Orzeszkowej dla dziewcząt oraz koedukacyjne – imienia Hugona Kołłątaja. Nauczanie w nich było obowiązkowe i bezpłatne.

Ukończyłam publiczną szkołę podstawową imienia Elizy Orzeszkowej. Moje świadectwa to głównie piątki, jedynie z rysunku miałam ocenę dostateczną. Nie byłam uzdolniona w tym kierunku. Języka polskiego uczyła mnie w pierwszej klasie Józefina Szelińska, narzeczona Brunona Schulza. W 1929 roku zostałam przyjęta do II Prywatnego Gimnazjum Koedukacyjnego imienia Henryka Sienkiewicza. Uczęszczałam tam w latach 1930–1937. Gimnazja były płatne, mieliśmy do wyboru sześć: męskie państwowe imienia Króla Władysława Jagiełły numer 552 (przyjmowano do niego również Żydów); ukraińskie gimnazjum handlowe imienia Iwana Franki przy ulicy Śnieżnej; moje, koedukacyjne numer 626 imienia Henryka Sienkiewicza przy ulicy Tarasa Szewczenki; żydowskie koedukacyjne imienia Leona Sternbacha numer 625 przy ulicy Szaszkiewicza; gimnazjum i liceum mechaniczne numer 175 dla chłopców przy ulicy Rakowieckiej. Absolwentami szkoły technicznej byli zarówno Izek, jak i młodzi Seifertowie – Maks (przed wojną) i Lunio (podczas pobytu Rosjan). Była to droga szkoła (opłata wynosiła 50 złotych miesięcznie), ale przygotowywała uczniów do pracy w przemyśle naftowym. Do kadry nauczycielskiej należeli wykładowcy z Politechniki Lwowskiej.

Zainteresował Cię ten fragment? Koniecznie zamów książkę Katarzyny Skopiec „Ocaleni z Drohobycza” bezpośrednio pod tym linkiem!

Katarzyna Skopiec
„Ocaleni z Drohobycza”
cena:
42,99 zł
Podajemy sugerowaną cenę detaliczną z dnia dodania produktu do naszej bazy. Użyj przycisku, aby przejść do sklepu — tam poznasz aktualną cenę produktu. Szczęśliwie zwykle jest niższa.
Wydawca:
Novae Res
Rok wydania:
2025
Okładka:
skrzydełka
Liczba stron:
290
Format:
121x195 [mm]
ISBN:
978-83-8373-542-9
EAN:
9788383735429
reklama

Uczęszczałam do prywatnej szkoły, ponieważ w Drohobyczu nie było państwowego gimnazjum żeńskiego (mimo że funkcjonowały żydowskie i ukraińskie). Wśród moich koleżanek były Żydówki i Ukrainki. W klasie miałam trzy Żydówki, z trzema innymi zdawałam maturę i bardzo się przyjaźniłyśmy. Jedna z nich to Ludka Obrowiczówna – bardzo serdeczna, wrażliwa i ciepła osoba – niezmiernie mi bliska. Druga, Hela Getlinger, była raczej kapryśnego usposobienia. Jej młodsza siostra chodziła z Danusią do polskiego gimnazjum. Miały bardzo sympatycznych, oświeconych rodziców, a jej ojciec był ginekologiem.

Nie pamiętam żadnych antysemickich ekscesów. Drohobycz, podobnie jak Borysław i pobliski Truskawiec, były bardzo kosmopolitycznymi miastami. Nigdy nie słyszałam, żeby ktoś zniszczył jakiś żydowski sklep. Takie rzeczy w ogóle się nie zdarzały. Prędzej dochodziło do jakichś sytuacji z Ukraińcami; może przyczyniał się do tego rosnący w siłę ukraiński ruch nacjonalistyczny. Wtedy też miało miejsce wysiedlanie Ukraińców z okolic Drohobycza.

W domu i w moim otoczeniu nigdy nie mówiło się o koleżankach „Żydówka”, tylko Hela, Ludka, Lila Wildstock, Nitka Enenbaum. Mówiło się po imieniu, ewentualnie po nazwisku, jeśli chciało się kogoś bliżej określić. W gimnazjum mieliśmy obowiązek chodzenia do kościoła, jednak u nas nie przestrzegano tego nakazu rygorystycznie. Sama, mając zaledwie osiem lat, przyszłam do taty i powiedziałam, że nie będę chodziła na religię, bo mi się ksiądz nie podoba, i… nie chodziłam.

Nigdy nie wróciłam już do Boga, nie godziłam się na Boga, który pozwala na to, żeby wziąć niemowlę za nóżki i z całą siłą uderzyć jego główką o mur na oczach matki. Tak działo się przecież w wielu miejscach, między innymi w niedalekim Samborze.

Sława z przyjaciółką, Drohobycz przed wojną (prawa zastrzeżone)

Ksiądz w gimnazjum jednak bardzo pilnował, żebyśmy każdej niedzieli przychodziły do kościoła na mszę, zresztą sprawdzał listę obecności. W Polsce nie funkcjonowały bezwyznaniowe szkoły. Żydówki również miały lekcje religii, ale uczestniczyły w nich bez większego zaangażowania. Moje najbliższe koleżanki żydowskiego pochodzenia nie przestrzegały rygorystycznie prawideł wynikających z wyznania, nie chodziły regularnie do bóżnicy, w ich w domach nie prowadziło się kuchni koszernej. Z zabawnych historii pamiętam, że polskie uczennice zawsze mówiły w klasie, że Żydówkom jest najlepiej. Bo jak były święta rzymskokatolickie, to wszyscy mieli wolne, jak były święta greckokatolickie, to też wszyscy mieli wolne, ale jak były żydowskie, to tylko Żydówki miały wolne. Raz jedna z moich koleżanek w żartach poprosiła, żebyśmy ją ochrzciły. Wówczas z Irką postanowiłyśmy, że jedna będzie dawać chrzest, a druga będzie trzymać do chrztu.

reklama

Jeszcze przed maturą zakochałam się w młodym żydowskim chłopcu – Feliksie. Dla moich rodziców było to nie do zaakceptowania. Jedynym śladem tego zauroczenia jest kartka, którą mam do dziś.

Zdałam w gimnazjum rozszerzony egzamin dojrzałości typu humanistycznego w terminie wiosennym w 1937 roku. Otrzymałam oceny dobre z: religii, historii wraz z nauką o Polsce współczesnej, fizyki wraz z chemią, matematyki, języka polskiego, łaciny i języka niemieckiego. Oceny roczne w klasach VI–VIII z propedeutyki filozofii miałam dostateczne, z geografii dobre, z ćwiczeń cielesnych bardzo dobre. Byłam niesfornym dzieckiem, niespokojnym duchem. Często rozrabiałam. Łapano mnie na tętniącym życiem drohobyckim corso, po którym młodzież szkolna nie mogła się przechadzać. Wyniki w nauce raczej odzwierciedlały moją niesforność niż brak wiedzy. Uznano mnie za „dojrzałą do studiów wyższych”, na które nie poszłam z winy ojca; rozpoczęłam pracę w odlewni żelaza. Miałam jechać na studia do Włoch, ale tata wymyślił, że poczekam, aż młodsza o dwa lata Danusia zda maturę. Miałyśmy obie studiować architekturę. Zaczęłam więc pracować w odlewni, pełna pretensji do ojca, że nie wyjechałam.

Wybuch wojny niemal zastał mnie w Gdyni, gdzie spędzaliśmy wakacje u rodziny mojej mamy. Dosłownie w ostatnim dniu sierpnia wracałam do domu do Drohobycza. Jechałam od wujka Staszka, brata mamy, przedwojennego działacza PPS-owskiego, który budował Gdynię (dołączył do pierwszych polskich osadników, w jego ślady poszedł też jego brat Mundek). Pojechałam na wakacje mimo zbliżającej się wojny. Już w marcu 1938 roku Niemcy dokonali anszlusu Austrii, nasiliły się nastroje antysemickie, została zajęta Czechosłowacja.

1 września 1939 roku Niemcy uderzyły na Polskę. 11 września wojska niemieckie weszły do Drohobycza. Rafineria Polmin została zbombardowana na początku działań wojennych. Łuna pożaru rozświetlała miasto przez wiele dni. Żydzi byli przerażeni, Polacy nie wychodzili na ulice. W czasie tych kilkudniowych rządów Niemców Ukraińcy utworzyli za ich zgodą milicję, nosili niebiesko-żółte opaski. Panował względny spokój, ale raz w święto Jom Kipur wygnano modlących się z synagogi i kazano im sprzątać ulice.

Zainteresował Cię ten fragment? Koniecznie zamów książkę Katarzyny Skopiec „Ocaleni z Drohobycza” bezpośrednio pod tym linkiem!

Katarzyna Skopiec
„Ocaleni z Drohobycza”
cena:
42,99 zł
Podajemy sugerowaną cenę detaliczną z dnia dodania produktu do naszej bazy. Użyj przycisku, aby przejść do sklepu — tam poznasz aktualną cenę produktu. Szczęśliwie zwykle jest niższa.
Wydawca:
Novae Res
Rok wydania:
2025
Okładka:
skrzydełka
Liczba stron:
290
Format:
121x195 [mm]
ISBN:
978-83-8373-542-9
EAN:
9788383735429
reklama

Zbyszek, mój brat, uciekł z domu i zaciągnął się do armii polskiej. Trafił do niewoli niemieckiej. Udało mu się z niej wydostać i dołączyć do armii generała Andersa. Przeszedł cały szlak, walczył pod Monte Cassino. Nigdy nie wrócił do ojczyzny. Do komunistycznej Polski nie chciał. Po wojnie zamieszkał we Francji.

Zdjęcie maturalne Sławy, Drohobycz (prawa zastrzeżone)

17 września do Drohobycza weszli Rosjanie. Ludność żydowska cieszyła się, Polaków ogarnęło przerażenie, bo wiedzieli, czego można się spodziewać po bolszewikach, Ukraińcy też byli w szoku. Żydzi, przeważnie młodzi ludzie, zebrali się na ulicy Stryjskiej i gdy nadjechał pierwszy patrol sowieckiego wojska, witali go bardzo entuzjastycznie. Wśród żołnierzy było wielu mówiących w jidysz. Dopiero ci, którzy przyszli za nimi, przywieźli ze sobą NKWD i aparat ucisku – uwięzili przywódców syjonistycznych i zamknęli szkoły hebrajskie. Ale jedną z pierwszych zmian było wprowadzenie czasu moskiewskiego.

Rosjanie w gmachu państwowego gimnazjum przy ulicy Sienkiewicza utworzyli Instytut Pedagogiczny, który cieszył się sporym zainteresowaniem wśród młodzieży ukraińskiej i żydowskiej, w przeciwieństwie do polskiej. Wykładano w języku ukraińskim. Gimnazja przestały istnieć, sowieckie szkoły były dziesięcioletnie. Jeszcze w 1939 roku radziecka władza wznowiła naukę w szkołach średnich, między innymi w szkole technicznej przy ulicy Rakowieckiej. Uczył się tam młodszy kuzyn Lizi Seifert, Lunio. Wspomina o tym Beno Shrayer w swojej książce Były lata:

„Ćwiczenia warsztatowe  – ślusarstwo, obróbka skrawaniem, kopalnictwo, spawalnictwo – prowadzili instruktorzy: Iźku Wołosiański […], Jonku Brener, Piniu Lerner, Oleś Tatarski, Majorku Berlin”. Zajęcia prowadzono w języku ukraińskim, uczono śpiewać Międzynarodówkę i oczywiście wpajano antypolską postawę.

Jak Izek to znosił? Nie wiem.

Drohobycz stał się miastem wojewódzkim. Zjechało mnóstwo funkcjonariuszy, trzeba ich było gdzieś zakwaterować, a najlepiej w mieszkaniach kułaków takich jak Seifertowie. W rezydencji byłego prezydenta miasta, Rajmunda Jarosza, założono Pałac Pionierów. Wszystkie sklepy zostały znacjonalizowane. Polaków zaczęto wywozić na Syberię, kolejni byli Żydzi, których zakwalifikowano jako kułaków lub burżujów.

Przeżyliśmy okupację radziecką w straszliwy sposób. Nie mogliśmy się przyzwyczaić do „Ruskich”, nawet trudno było nam wyjść na ulicę i na nich patrzeć. Wyrzucono nas z willi. Przeprowadziliśmy się na ulicę Szkolną do jednopiętrowego domu wynajmowanego od sławnego przedwojennego polskiego adwokata Martynowicza. W tym domu rodzice mieszkali do końca wojny.

reklama

Gdy w 1941 roku wybuchła wojna niemiecko-rosyjska, znowu nie było mnie w Drohobyczu. Zostałam zaproszona na ślub znajomej, ale nim pociąg dojechał do Lwowa, to już było po ślubie; na miasto zostały zrzucone bomby. Na szczęście Lwów nie został mocno zniszczony, widzieliśmy tylko zbombardowany tramwaj, przejmujący obraz. Najgorszy był moment, gdy Rosjanie, wycofując się przed Niemcami, wymordowali wszystkich w więzieniu. Wtedy po raz pierwszy zobaczyłam poniżenie Żydów, którzy musieli wynosić trupy. Byli bici kolbami, kopani, szarpani i rozstrzeliwani na ulicach, jeśli któryś z nich zachowywał się nie tak, jak żądał Niemiec. To było straszne.

Panorama przedwojennego Drohobycza (fot. NAC)

Chciałam jak najszybciej wrócić ze Lwowa do domu. Nie dało się już nigdzie uciec przed grozą tej wojny. I właśnie jeden z takich pierwszych momentów, który zrobił na mnie potworne wrażenie, zdarzył się na mojej ulicy, gdzie mieszkałam z rodzicami. Wracałam od koleżanki i zobaczyłam, jak Niemiec rzuca malutkie dziecko na ciężarówkę, a matka z drugim dzieckiem przy piersi stara się wejść na pakę samochodu. Przyszłam do domu i tak płakałam, że nie mogłam się w ogóle uspokoić. Kilka dni później szłam z moją siostrą w pobliżu naszej ulicy. W oknie domu siedziała dziewczynka, może czteroletnia, i mówiła do swojego odbicia w szybie: „Widzisz, nie chciałaś jeść chlebka z masłem, a teraz jesz skórki i ci smakują”. W drodze powrotnej zobaczyłam zgromadzenie ludzi pod tym właśnie domem. Okazało się, że cała rodzina razem z tym dzieckiem otruła się, żeby nie trafić w ręce Niemców, którzy tego dnia mieli zabierać Żydów z naszej ulicy.

Niemcy weszli do miasta 1 lipca 1941 roku. Polmin znów został zbombardowany. Doszło wtedy do pogromu, w którym pomagali Ukraińcy, zginęło prawie czterysta osób. Sowieci wycofali się z miasta w niedzielę. W ostatnim pociągu ludzie siedzieli na dachach wagonów i byli dosłownie wszędzie, gdzie można się było uczepić. Uciekali przed Niemcami. Zaczęły się grabieże, włamania do wszystkich sklepów. Pierwsi pojawili się niemieccy spadochroniarze, a wieczorem już wjechały niemieckie patrole. Ukraińska ludność jako jedyna przyjęła ich z zadowoleniem.

Z opowieści innych wiem, że Ukraińcy nie byli bezczynni. Niemcy, pozwalając na dowolność działań przeciwko ludności żydowskiej, de facto zezwolili im na przeprowadzenie pogromu. Atakowano domy Żydów wszystkim, co mogło posłużyć za broń – łomami, toporami i nożami. Na terenie sądu okręgowego i w okolicy cmentarza żydowskiego motłoch wrzucał ciała do masowego grobu, w którym leżeli zamordowani przez Rosjan Ukraińcy. Tłum Ukraińców, mężczyzn i kobiet, stał po obu stronach ulicy, bijąc wszystkim, czym tylko mogli, i rzucając kamieniami. Towarzyszyły temu okrzyki obwiniające o współpracę z bolszewikami. Władze niemieckie powstrzymały pogrom. Danusi stosunek do Ukraińców nie zmienił się do końca życia. To był początek wszystkiego.

Zainteresował Cię ten fragment? Koniecznie zamów książkę Katarzyny Skopiec „Ocaleni z Drohobycza” bezpośrednio pod tym linkiem!

Katarzyna Skopiec
„Ocaleni z Drohobycza”
cena:
42,99 zł
Podajemy sugerowaną cenę detaliczną z dnia dodania produktu do naszej bazy. Użyj przycisku, aby przejść do sklepu — tam poznasz aktualną cenę produktu. Szczęśliwie zwykle jest niższa.
Wydawca:
Novae Res
Rok wydania:
2025
Okładka:
skrzydełka
Liczba stron:
290
Format:
121x195 [mm]
ISBN:
978-83-8373-542-9
EAN:
9788383735429
reklama
Komentarze
o autorze
Katarzyna Skopiec
Autorka książki „Ocaleni z Drohobycza” poświęconej losom jej dziadków, Sławy i Izka Wołosiańskich, którzy w czasie II wojny światowej z narażeniem życia ukrywali Żydów. Założycielka Fundacji Humanosh im. Sławy i Izka Wołosiańskich.

Zamów newsletter

Zapisz się, aby otrzymywać przegląd najciekawszych tekstów prosto do skrzynki mailowej. Tylko wartościowe treści, zawsze za darmo.

Zamawiając newsletter, wyrażasz zgodę na użycie adresu e-mail w celu świadczenia usługi. Usługę możesz w każdej chwili anulować, instrukcję znajdziesz w newsletterze.
© 2001-2025 Promohistoria. Wszelkie prawa zastrzeżone